Dawno, dawno temu zdarzało się, że trutnowski kościół około północy świecił jasnym światłem, tak jak gdyby zapalono w nim tysiące lamp. To cudowne zjawisko obserwowano ostatni raz w 1866 roku, krótko przed wybuchem wojny prusko-austriackiej. Wtedy mieszkańcy domów, z okien których widać było kościół, obserwowali to dziwo kilka dni po sobie. Chcieli dotrzeć do sedna sprawy, i dlatego jedna kobieta poszła do proboszcza, by go uprzedzić o tajemnym świetle. Po drodze na plebanię jednak, niespodziewanie pojawił się przed nią ognisty ludzik z czarnym psem i kazał jej zawrócić. Dopiero na drugi dzień w południe ośmieliła się przestraszona kobieta i poszła całe to wydarzenie zgłosić na parafię. Proboszcz natychmiast dalszej północy w towarzystwie kapelana pobiegł do kościoła. Co obaj mężczyźni tam zobaczyli, nikt więcej nie dowiedział. Proboszcz starał się całą tą sprawę bagatelizować i twierdził, że blask pochodzi z wiecznego światła w kościele. Temu wyjaśnieniu jednak nikt nie uwierzył. Tajemnica ognistego ludzika w trutnowskim kościele po dziś dzień została nieodkryta.